Logo
"Niezależne media to fundament wolności i demokracji.
Konkretnie po to, abyś Ty mógł mieć własne zdanie."
← POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ
Opublikowano: 9.06.2026  |  Autor: red. naczelny Konkretnie

Koniec polityki naiwności wobec Ukrainy? Najwyższy czas na twardy realizm.

Zdjęcie główne

Posiedzenie Kapituły Orderu Orła Białego, które odbyło się 8 czerwca 2026 roku w letniej rezydencji prezydenta w Juracie na Półwyspie Helskim, przejdzie do historii polskiej dyplomacji jako początek wielkiej, zakulisowej batalii o podmiotowość polskiej polityki wschodniej. Choć opinia Kapituły dotycząca odebrania prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu najwyższego polskiego odznaczenia została przekazana prezydentowi Karolowi Nawrockiemu, jej treść nie została na razie podana do publicznej wiadomości. Oficjalny, lakoniczny komunikat rzecznika prasowego głowy państwa, Rafała Leśkiewicza, mówiący jedynie o tym, że prezydent podejmie decyzję w odpowiednim czasie, zarysował scenariusz głębokiego, instytucjonalnego pęknięcia. Ta wymowna cisza to nie wyraz niezdecydowania, ale preludium do bezprecedensowej konfrontacji między prezydentem stojącym na straży polskiej pamięci narodowej a rządem Donalda Tuska, który za wszelką cenę próbuje uciec przed twardą, konstytucyjną odpowiedzialnością. Sprawa ta wywołała medialne tsunami nie tylko nad Wisłą, ale i w prasie światowej, zmuszając do obnażenia chwiejności polskiego rządu oraz zarysowania nowych, twardych reguł w relacjach z Ukrainą po tym, jak pod koniec maja 2026 roku prezydent Wołodymyr Zełenski podpisał dekret nadający jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imię „Bohaterów UPA”.

Mit antykomunistycznej walki w zderzeniu z twardą statystyką

Głównym argumentem ukraińskich elit, który od lat służy do usprawiedliwiania bezrefleksyjnej gloryfikacji formacji takich jak OUN i UPA, jest ich rzekomy, niepodległościowy i antysowiecki charakter. Kijowska narracja próbuje przekonać Zachód, że UPA była jedynie lokalnym odpowiednikiem polskiej Armii Krajowej, walczącym na dwa fronty z totalitarnymi potęgami. Ta konstrukcja historyczna rozpada się jednak natychmiast w zderzeniu z twardymi, zweryfikowanymi danymi historycznymi, na które regularnie powołują się badacze Instytutu Pamięci Narodowej, w tym profesor Mirosław Szumiło. Inwentaryzacja zbrodni nie pozostawia złudzeń. W latach 1943–1945 na samym Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej zbrojne ramię OUN, czyli UPA, w bestialski sposób wymordowało od 80 000 do 120 000 Polaków, w większości bezbronnych kobiet, dzieci i starców, co stanowiło zaplanowaną, systematyczną czystkę etniczną o znamionach ludobójstwa.

Tymczasem według radzieckich statystyk archiwalnych oraz rzetelnych badań historycznych w toku walk z reżimem komunistycznym, które na dobre rozgorzały dopiero po 1945 roku, gdy sprawcy zdążyli już oczyścić Kresy z „polskiego elementu”, UPA zabiła jedynie około 8 000 sowieckich żołnierzy i funkcjonariuszy oraz około 17 000 cywilów, głównie sowieckich aktywistów, kołchoźników czy osób podejrzewanych o współpracę z NKWD. Zestawienie tych liczb pokazuje porażającą prawdę, że dla UPA w kluczowym okresie lat 1943–1944 wrogiem numer jeden nie był okupant ze Wschodu czy Zachodu, ale polski sąsiad. Państwo polskie nie mogło dłużej tolerować sytuacji, w której człowiek uhonorowany Orderem Orła Białego, symbolem wolnej i sprawiedliwej Rzeczypospolitej, stawia na piedestał organizację o tak jednoznacznie zbrodnizym bilansie.

Mechanizm pozbawienia orderu i konstytucyjna rola premiera

Procedura pozbawienia najwyższego polskiego odznaczenia, choć w ponadtrzechsetletniej historii orderu zastosowana zaledwie raz wobec osoby o statusie męża stanu (wobec Wincentego Witosa, który utracił odznaczenie w 1933 roku na mocy wyroku sądowego w procesie brzeskim, a odzyskał je na mocy amnestii w 1939 roku), opiera się na jasnych i precyzyjnych przepisach, które jednak kryją w sobie kluczowy haczyk ustrojowy. Zgodnie z ustawą o orderach i odznaczeniach z 16 października 1992 roku, prezydent może podjąć decyzję o pozbawieniu orderu, jeśli odznaczony dopuścił się czynu, wskutek którego stał się niegodny jego posiadania. Inicjatywa ta formalnie rozpoczyna się na poziomie Kapituły Orderu Orła Białego. Prezydent podejmuje decyzję albo bezpośrednio na wniosek Kapituły, albo z własnej inicjatywy, lecz po uprzednim zasięgnięciu jej opinii, która stanowi element całego procesu.

Najważniejszy i najbardziej skomplikowany politycznie moment procedury wynika bezpośrednio z zapisów polskiej Konstytucji. Istnieje bowiem zasadnicza różnica ustrojowa między nadaniem a odebraniem orderu. Podczas gdy samo nadanie odznaczenia stanowi osobistą prerogatywę Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej i nie wymaga zgody rządu, o tyle postanowienie o pozbawieniu orderu – aby wywołało jakiekolwiek skutki prawne – bezwzględnie wymaga tak zwanej kontrasygnaty, czyli podpisu Prezesa Rady Ministrów (zgodnie z art. 144 ust. 3 Konstytucji RP). Oznacza to, że sam prezydent, even po otrzymaniu jednoznacznej opinii Kapituły, nie jest w stanie samodzielnie sfinalizować tej procedury bez zgody szefa rządu. Ten prawny mechanizm przenosi ciężar odpowiedzialności na premiera, czyniąc z procedury pozbawienia odznaczenia pole bezpośredniej i niezwykle ostrej weryfikacji intencji politycznych rządu.

Ucieczka Donalda Tuska przed odpowiedzialnością w twitterowy PR

W tej dynamicznej sytuacji po raz kolejny uwypukliła się chwiejność, koniunkturalizm oraz głębokie niezrozumienie polskiej racji stanu przez premiera Donalda Tuska i jego zaplecze polityczne. Gdy pod koniec maja prezydent Karol Nawrocki ogłosił postulat odebrania orderu Zełenskiemu, Donald Tusk zareagował w swoim klasycznym, protekcjonalnym tonie, próbując bagatelizować sprawę. Szef rządu twierdził wówczas, że wprowadzanie sporów historycznych do bieżącej agendy bezpieczeństwa w momencie, gdy ważą się losy wolnego świata, to nieodpowiedzialność, a kłótnie o przeszłość oddają przyszłość w ręce naszych wrogów. Ludzie z otoczenia premiera wprost oskarżali prezydenta o populizm i próbę niszczenia strategicznego sojuszu z Kijowem dla celów krajowej walki politycznej. Wystarczyło jednak zaledwie kilka dni, by pod wpływem nastrojów społecznych premier dokonał nagłego zwrotu i podczas konferencji prasowej w dniu 5 czerwca przyznał, że decyzja Kijowa o nadaniu tego typu patronatów to zdarzenie co najmniej nieszczęsne.

Ta nagła wolta okazała się jednak jedynie fasadowa, co z pełną jaskrawością obnażył wpis premiera opublikowany na portalu X w dniu 8 czerwca 2026 roku o godzinie 11:05, tuż po rozpoczęciu posiedzenia Kapituły. W obliczu konieczności podjęcia realnej, konstytucyjnej decyzji i złożenia podpisu pod wnioskiem o pozbawienie orderu, Donald Tusk postanowił uciec w tani, wizerunkowy PR. Napisał wówczas publicznie: „Ponieważ dyplomacja nie przyniosła żadnych efektów, zwracam się publicznie do Prezydentów @NawrockiKn i @ZelenskyyUa o bezpośrednią i szczerą rozmowę. Zanim emocje zrujnują naszą solidarność, która narodziła się w obliczu rosyjskiego zagrożenia. Współpraca leży w interesie obu naszych państw i narodów, a konflikt w interesie Moskwy. To chyba oczywiste dla nas wszystkich”.

Ten krótki wpis stanowi porażający dowód na kapitulację polskiego premiera przed wymogami elementarnej asertywności. Donald Tusk, zamiast przygotować się do realizacji swoich konstytucyjnych uprawnień i jednoznacznie opowiedzieć się po stronie pamięci o ofiarach ludobójstwa, wolał zrównać w prawach i racjach broniącego polskiej godności prezydenta Nawrockiego z prezydentem Zełenskim, który bezpośrednio sankcjonuje kult zbrodniarzy. Próba sprowadzenia fundamentalnego sporu o prawdę historyczną i profanację najważniejszego polskiego odznaczenia do poziomu „emocji”, które rzekomo szkodzą mitycznej solidarności, to powrót do najgorszych, lękowych tradycji polskiej polityki wschodniej. Zasłanianie się Moskwą jako uniwersalnym straszakiem, mającym zmusić stronę polską do kolejnego milczenia, pokazuje, że szef rządu nie potrafi wyjść poza schemat uległości wobec Kijowa. Co więcej, publiczne przyznanie, że prowadzona przez hiszpański rząd dyplomacja „nie przyniosła żadnych efektów”, to bezprecedensowy akt kapitulacji, obnażający całkowitą bezradność polskiego MSZ pod wodzą Radosława Sikorskiego. Premier, zamiast rządzić i współuczestniczyć w trudnej procedurze, woli uprawiać publicystyczne mediacje na platformach społecznościowych, próbując zrzucić całą odpowiedzialność na prezydenta Nawrockiego.

Skandaliczna demagogia Sikorskiego i zasłona dymna z Gerharda Schroedera

Dopełnieniem tego politycznego teatru stał się skandaliczny wpis ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, opublikowany w poniedziałkowy wieczór na platformie X. Szef polskiej dyplomacji, usiłując bronić ugodowej linii rządu i uderzyć w prezydenta Nawrockiego, uciekł się do ordynarnej, logicznej manipulacji. Sikorski napisał: „Mam nadzieję, że po decyzjach kapituły i prezydenta @NawrockiKn nie będzie tak, że b. kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder, który bierze od Putinem pieniądze, będzie nadal kawalerem orderu Orła Białego, a ten kto z Putinem walczy, będzie go pozbawiony”.

Ten wpis to podręcznikowy przykład relatywizmu i demagogii, na który redakcja portalu Konkretnie.com.pl zareagowała natychmiastową i bezkompromisową ripostą w mediach społecznościowych. Wskazaliśmy ministrowi prostą, ale fundamentalną różnicę, pisząc: „Schroeder nie gloryfikuje ludobójców z UPA czy też z SS czy Gestapo. Taka drobna różnica. Sama walka z Putinem nie uprawnia do profanowania Orderu Orła Białego”. Próba zestawienia Gerharda Schroedera – postaci skompromitowanej i słusznie potępianej za korupcyjno-biznesowe powiązania z Kremlem – z Wołodymyrem Zełenskim, który jako głowa państwa oficjalnie i własnym podpisem legitymizuje kult formacji odpowiedzialnej za bestialskie ludobójstwo na ponad stu tysiącach polskich obywateli, jest przejawem skrajnego cynizmu. Radosław Sikorski udaje, że nie rozumie, iż Order Orła Białego to najwyższy symbol honoru Rzeczypospolitej, a nie karta przetargowa w bieżącej grze geopolitycznej. Sam fakt walki z Władimirem Putinem nie może stanowić immunitetu zwalniającego z szacunku dla ofiar rzezi wołyńskiej ani tym bardziej nie daje nikomu prawa do bezkarnego profanowania polskich świętości narodowych.

Gry lotniskowe i salonowe fochy. Kiszyniów zamiast Jasionki

Brak natychmiastowego ujawnienia opinii Kapituły oraz celowe zwlekanie z ogłoszeniem ostatecznej decyzji przez prezydenta Karola Nawrockiego nie jest jednak przejawem paraliżu decyzyjnego. To czytelny, taktyczny komunikat wysłany w stronę Kijowa. Polska strona, nie chcąc zaogniać konfliktu na forum publicznym bez wyczerpania innych ścieżek, najwyraźniej dała Ukraińcom czas na to, aby sami wycofali się z haniebnej decyzji i ugasili wywołany przez siebie pożar dyplomatyczny. Na tamtejszych salonach władzy powoli zaczyna kiełkować świadomość, że tym razem po prostu przegięli, a bezwarunkowa taryfa ulgowa w relacjach z Warszawą bezpowrotnie wygasła. Sytuacja jest jednak niezwykle napięta, ponieważ polskie władze must mierzyć się z ogromną, w pełni uzasadnioną presją społeczną domagającą się natychmiastowego odebrania orderu. Choć sam gest ma charakter w dużej mierze symboliczny, to jego ranga wynosi debatę o prawdzie historycznej i polskiej asertywności na zupełnie nowe horyzonty, których ukraińska dyplomacja nie może już zlekceważyć.

W odpowiedzi na to twarde stanowisko Warszawy, ze strony ukraińskiego prezydenta nadeszły demonstracyjne gesty irytacji, które zamiast siły obnażyły jedynie bezsilność i małostkowość. Wołodymyr Zełenski, udając się z wizytą do Londynu, zrezygnował ze swojego dotychczasowego, stałego punktu przesiadkowego na lotnisku Rzeszów-Jasionka i demonstracyjnie wybrał port lotniczy w Kiszyniowie w Mołdawii. Co więcej, z Kijowa zaczęły płynąć zapowiedzi sugerujące, że ukraiński przywódca może zrezygnować z osobistego udziału w prestiżowej konferencji Ukraine Recovery Conference w Gdańsku pod koniec czerwca 2026 roku. Te ostentacyjne próby ukarania Polski czy pokazania dyplomatycznego focha nie robią już jednak na Warszawie najmniejszego wrażenia. Przynajmniej na tej części sceny politycznej, która rozumie na czym polega polska racja stanu i polskie interesy.

Międzynarodowy rezonans i koniec zamiatania prawdy pod dywan

Skoro sam zamiar odebrania orderu wywołał potężne poruszenie w zagranicznych mediach, to formalne uruchomienie tej procedury przez Kapitułę wywołało rezonans, którego Kijów nie będzie w stanie zignorować. Dotychczas ukraińska dyplomacja skutecznie unikała tematu Wołynia, traktując go jako wewnętrzny spór historyków i licząc na to, że czas zatrze ślady. Przeniesienie tej debaty na najwyższy poziom państwowo-odznaczeniowy zmusza zachodnich partnerów do zadania pytań, przed którymi dotąd uciekali. Europa Zachodnia, niezwykle wrażliwa na punkcie rozliczania zbrodni przeciwko ludzkości i negacji prawdy historycznej, dowiaduje się właśnie, kogo dokładnie patronem mianuje dzisiejsza Ukraina. Dla Kijowa jest to bolesna lekcja realizmu, pokazująca, że droga do struktur europejskich i transatlantyckich nie może być budowana na fundamentach nienawiści narodowościowej.

Próbą ratowania wizerunku Kijowa i zażegnania kryzysu była nagła wizyta w Warszawie Kyryła Budanowa, szefa kancelarii prezydenta Zełenskiego i byłego szefa wywiadu wojskowego, który przebywał w Polsce na przełomie 5 i 6 czerwca. Wybór tego konkretnego wysłannika okazał się jednak rażącym błędem dyplomatycznym ze strony Ukrainy. Pomimo wysokiej rangi państwowej i niewątpliwych zasług wojennych Budanow był postacią absolutnie niewłaściwą do prowadzenia tak delikatnych rozmów, gdyż sam w przeszłości wielokrotnie i otwarcie gloryfikował tradycje UPA, co w Warszawie zostało odebrane jako prowokacja lub skrajny brak wrażliwości. Spotkania w stolicy przebiegały w bardzo chłodnej atmosferze, a polskie władze zaprezentowały twarde stanowisko. Ukraiński wysłannik zdołał spotkać się jedynie z wicepremierem i ministrem obrony narodowej Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, sekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Marcinem Bosackim, a także z szefem prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej Marcinem Przydaczem oraz szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego Bartoszem Grodeckim. Co ciekawe i niezwykle dwulicowe w świetle jego późniejszych wpisów na platformie X, minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski demonstracyjnie i celowo nie zmienił swoich planów, unikając jakiegokolwiek kontaktu z delegacją ukraińską, co dobitnie pokazało, że polska strona nie zamierza uczestniczyć w pozorowanych działaniach dyplomatycznych i oczekuje wyłącznie konkretnych decyzji o wycofaniu kontrowersyjnego patronatu.

Anatomia blokady ekshumacji i moralny kryzys Kijowa

Kluczowym elementem sporu i dowodem na złą wolę ukraińskich decydentów pozostaje trwający od lat bezprecedensowy zakaz prowadzenia prac ekshumacyjnych dla polskich badaczy. Powodem, dla którego Kijów z taką determinacją unika otwarcia mogił, nie są rzekome trudności techniczne czy trwająca wojna obronna, ale głęboki lęk przed brutalną prawdą historyczną. Dopuszczenie międzynarodowych oraz polskich archeologów i antropologów do miejsc kaźni oznaczałoby natychmiastowe obalenie starannie budowanego mitu o symetrycznym konflikcie, rzekomej „wojnie polsko-ukraińskiej” lub wzajemnych odwetach chłopskich. Ekshumacje przyniosłyby twarde, naukowe i niepodważalne dowody na to, że ofiary nie ginęły w walce, ale były poddawane systematycznej, zaplanowanej i niezwykle okrutnej eksterminacji przez zorganizowane struktury polityczno-wojskowe. Forpocztą ukraińskiej polityki historycznej stał się strach. Dla tamtejszych elit dopuszczenie do badań oznaczałoby bolesną konieczność przyznania, że ludzie, których nazwiskami nazywa się dziś ulice i jednostki wojskowe, byli w rzeczywistości sprawcami zbrodni przeciwko ludzkości.

Blokowanie odnalezienia i godnego pochówku szczątków dziesiątek tysięcy zamordowanych Polaków stanowi moralny regres ukraińskiej polityki pamięci. Wykorzystywanie ekshumacji ofiar ludobójstwa jako politycznego narzędzia nacisku, swoistej karty przetargowej w relacjach z Warszawą, mającej wymusić bezwarunkowe wsparcie wojskowe i finansowe, jest działaniem skrajnie cynicznym i całkowicie nieprzystającym do mentalności europejskiej. Standardem cywilizacji zachodniej, ufundowanej na wartościach chrześcijańskich i humanistycznych, jest niezbywalne prawo każdej istoty ludzkiej do grobu i pamięci. Traktowanie kości pomordowanych kobiet i dzieci jako zakładników w bieżącej grze dyplomatycznej dowodzi, że Kijów mentalnie wciąż tkwi w realiach postsowieckich, gdzie jednostka i jej godność po śmierci nie mają żadnego znaczenia w obliczu państwowej ideologii. Współczesna Europa nie może przymykać oczu na to, że państwo aspirujące do miana demokratycznego stosuje tak barbarzyńskie metody blokowania prawdy historycznej.

Instytucjonalna ślepota i wewnętrzna dywersja. Kto naprawdę reprezentuje polską rację stanu?

Opisany kryzys obnaża nie tylko chwiejność premiera, ale przede wszystkim porażającą naiwność i instytucjonalną ślepotę polskich władz, które dopuściły do sytuacji, w której osoby na najwyższych szczeblach administracji rządowej i parlamentarnej jawnie i bezkarnie występują przeciwko polskim interesom oraz polskiej racji stanu. Sytuacja ta przestała być jedynie kuriozalna, a stała się wprost niebezpieczna dla bezpieczeństwa i tożsamości państwa. Jaskrawym tego przykładem są skandaliczne wypowiedzi wiceministra nauki i szkolnictwa wyższego Andrzeja Szeptyckiego, polityka o ukraińskich korzeniach reprezentującego ugrupowanie Polska 2050, który na antenie radia TOK FM w dniu 5 czerwca 2026 roku pozwolił sobie na zrównanie ukraińskich zbrodniarzy z polskimi bohaterami. Szeptycki wprost stwierdził, że UPA to była formacja, która „niezależnie od tego, o czym pan mówi o Zbrodni Wołyńskiej – ale walczyła o niepodległość Ukrainy. Walczyła w ramach tego ukraińskiego imaginarium przede wszystkim z Sowietami i to była taka walka beznadziejna”, dodając skrajnie bezczelne porównanie, że „to byli tacy trochę – ze wszystkimi pozytywnymi i negatywnymi konotacjami tego słowa – trochę tacy ukraińscy żołnierze niezłomni”, a reakcję polskiego państwa na nadanie ukraińskiej jednostce wojskowej imienia morderców z UPA określił jako „nerwową, szkodliwą i nadmierną”. Próba relatywizowania ludobójstwa i stawiania w jednym rzędzie bestialskich katów z polskimi bohaterami antykomunistycznego podziemia to bezprzykładny akt zdrady pamięci historycznej dokonywany przez urzędnika opłacanego z kieszeni polskich podatników.

Ta systemowa słabość i tolerowanie ukraińskocentrycznych wpływów na szczytach władzy widoczne są również w innych decyzjach personalnych, takich jak powierzenie teki ministra aktywów państwowych Wojciechowi Balczunowi, byłemu szefowi ukraińskich kolei państwowych i aktywnemu inwestorowi na tamtejszym rynku, co w kontekście strategicznych interesów gospodarczych Warszawy budzi uzasadnione pytania o to, czy decyzje państwowe nie są zakładnikiem obcych powiązań biznesowych. Dopełnieniem tego porażającego obrazu jest postawa wicemarszałek Senatu Magdaleny Biejat z Lewicy, która zamiast bronić godności polskich ofiar, udała się do ukraińskojęzycznego kanału Sława TV, by tam, na oczach zagranicznego audytorium, deprecjonować Rzeź Wołyńską jako jedynie „ataki na ludność cywilną w Polsce”. Biejat bez wahania zaatakowała prezydenta Karola Nawrockiego, oświadczając, że „na niemądre decyzje prezydenta Ukrainy nie wolno odpowiadać równie niemądrą propozycją polskiego prezydenta”, a upominanie się o szacunek dla zamordowanych nazwała pożywką dla „reakcji środowisk nacjonalistycznych”. Kiedy wysocy urzędnicy rządowi oraz wicemarszałek Senatu wolą w zagranicznych mediach strofować polskie władze i minimalizować ludobójstwo w imię fałszywie pojętej poprawności politycznej, mamy do czynienia z jawnym sabotażem polskiej racji stanu od wewnątrz.

Nowa doktryna relacji z Ukrainą. Czas na twardy realizm

Dotychczasowa polska polityka wschodnia, ufundowana na rażącej nadinterpretacji i spłyceniu myśli Jerzego Giedroycia, oficjalnie zbankrutowała, obnażając głęboką słabość intelektualną elit III Rzeczypospolitej. Polscy decydenci po 1989 roku zupełnie nie zrozumieli, że budowanie podmiotowych relacji z Kijowem i wspieranie wolnej Ukrainy nie ma i nigdy nie miało nic wspólnego z kapitulacją na polu prawdy historycznej. Sam Giedroyc oraz środowisko paryskiej „Kultury” nigdy nie postulowali milczenia o Wołyniu – przeciwnie, dążyli do pojednania opartego na bolesnym, ale szczerym dialogu, nie unikając potępienia zbrodni UPA. Tymczasem warszawskie elity, w swojej bezradności i naiwności, zredukowały tę głęboką myśl polityczną do dogmatu bezwarunkowych ustępstw. W ten sposób zrodził się patologiczny mechanizm, w którym próby podnoszenia tematu ludobójstwa na Wołyniu przez rodziny ofiar czy środowiska kresowe były przez lata marginalizowane i etykietowane przez część establishmentu medialno-politycznego jako „działanie na szkodę sojuszu” lub wręcz „sprzyjanie rosyjskiej propagandzie”.

Ta asymetryczna polityka i permanentne wycofywanie się z obrony własnych interesów doprowadziły do spektakularnych upokorzeń na arenie międzynarodowej. Symbolem tego paraliżu stał się rok 2015, kiedy ukraiński parlament przyjął ustawy uznające OUN-UPA za bojowników o wolność, wprowadzając sankcje za kwestionowanie ich rzekomych zasług, na co polska dyplomacja odpowiedziała tchórzliwym i głębokim milczeniem. To milczenie Kijów odczytał nie jako gest mądrości, ale jako dowód słabości i przyzwolenie na dalszą relatywizację zbrodni, czego logiczną konsekwencją jest dzisiejszy kult banderowski na Ukrainie. Czas na diametralny zwrot i oparcie relacji z Ukrainą na doktrynie twardego realizmu oraz ścisłej warunkowości.

Każda dalsza pomoc gospodarcza, wsparcie logistyczne czy poparcie dla integracji Ukrainy ze strukturami zachodnimi musi być twardo powiązane z bezwarunkowym odblokowaniem prac ekshumacyjnych dla polskich badaczy na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Polska musi wprost zadeklarować, że państwo gloryfikujące formacje odpowiedzialne za ludobójstwo na obywatelach Rzeczypospolitej nie otrzyma polskiego podpisu pod traktatem akcesyjnym do Unii Europejskiej, ponieważ nie są to spory historyków, lecz kwestia elementarnych wartości leżących u fundamentów zjednoczonej Europy. Należy odrzucić dotychczasowy model asymetrycznej dyplomacji i przestać traktować Kijów jak uprzywilejowanego partnera, który może bezkarnie ranić polską wrażliwość. Jeśli ukraińskie elity wybierają kult Bandery i Szuchewycza ponad partnerskie relacje z Warszawą, muszą liczyć się z adekwatnymi, chłodnymi konsekwencjami politycznymi, a gra o decyzję prezydenta Nawrockiego w sprawie odebrania Orderu Orła Białego jest pierwszym, niezbędnym krokiem do odzyskania przez Polskę podmiotowości na arenie międzynarodowej.